poniedziałek, 17 grudnia 2012

Oko w oko z tygrysami


Dzisiejszy dzień zaczął się dla mnie bardzo wcześnie, a mianowicie miałem nastawiony budzik na godzinę 5:00 rano, gdyż o 6:45 była zbiórka pod hotelem Novotel Ploen Chit, dla osób jadących na wycieczkę do Kanchanaburi i Tiger Tepmle. Nie wiem jak to się stało, ale z piątej zrobiła mi się nagle szósta i zacząłem się szybko pakować. Po drodze odwiedziłem jeszcze całodobowy market, który mam pod nosem gdzie w razie czego dokupiłem dodatkową paczkę baterii, gdyż jedne z moich starych akumulatorków zaczęły płatać  figle. Jeszcze nigdy nie kupowałem tak drogich baterii, ale jak się później okazało były warte swojej ceny. Dziesięć minut później stałem już z bateriami i byłem gotów na prawie godzinny spacer. Po przeanalizowaniu mojej sytuacji,  nie ma bata abym zdążył na czas, więc stojąc na krawędzi ulicy zacząłem wołać taksówkę, ale gdy się rozejrzałem to stwierdziłem, że ulice są puste. Na szczęście po chwili nadjechała taksówka, z podstarzałym Tajem i zawiozła mnie pod stację Sky Train, za co zapłaciłem 39 THB. Na miejscu zbiórki okazało się, że byłem nawet przed czasem i poznałem tam dwie starsze panie z Anglii (Sue i Ann), które również jechały na wycieczkę. Oczywiście jak to w Tajlandii bus spóźnił się dobre pół godziny a ja musiałem konwersować z współtowarzyszkami podróży. Szczerze mówiąc nie wiem co jest gorsze rozmowa z Tajem, który mówi łamaną angielszczyzną z azjatyckim akcentem, czy może jednak rozmowa z rodowitymi angielkami, które mają w gębie kluchy i mówią ze sto słów na minutę.

Przewodnik wyprawy okazał się bardzo sympatyczny i kazał do siebie mówić แจ็กกี้ lub po prostu Jackie. W busie poznałem czwartą i zarazem ostatnią osobę wyprawy, jaką był Peter z Australii. Fajnie było jechać trzynastu osobowym busem w cztery osoby, bo każdy miał jeden rząd siedzeń dla siebie. Grubo po siódmej wyruszyliśmy w kilku godzinną podróż do Kanchanaburii [tą część wyprawy opiszę jutro] i w ten sposób dochodzimy do momentu jak podjeżdżamy pod Tiger Temple. Świątynia Tygrysów jest również znana pod nic nie mówiącą nam nazwą Wat Pa Luangta Bua Yannasampanno, która istnieje od 1994 roku. Wraz z budową świątyni przyświecała jej misja stworzenia sanktuarium dla dzikich zwierząt, gdzie oprócz lwów znajduje się wiele zwierząt, które biegają sobie po okolicy. Całość mieści się na powierzchni 11.000 arów i jest położona jakieś 355 km od Bangkoku. Największą atrakcją dla turystów jest możliwość obcowania oko w oko z dorosłymi lwami, które przez cały dzień praktycznie wylegują się na słońcu. Po internecie krąży wiele wersji, dlaczego te tygrysy nie są agresywne i nie atakują ludzi, spotkałem nawet wersję, że są specjalnie odurzane narkotykami w tym celu. Odpowiedź na to pytanie jest niezwykle prosta, gdyż lwy od maleńkości żyją w towarzystwie mnichów, a dodatkowo są specjalnie przekarmiane aby przez cały dzień beztrosko sobie leżały i trawiły w spokoju pokarm. 

Pierwsza tygrysica pojawiła się w tym miejscu w 1991 roku i była w bardzo złym stanie fizycznym, jednak dobrze wyszkoleni mnisi poradzili sobie z nią i od tej pory wiele tygrysich miotów przyszło na świat właśnie w Tiger Temple. Bilet wstępu do tego miejsca kosztuje 650 THB i w tej cenie znajduje się krótka sesja z kilkoma tygrysami. Na zwiedzanie tego miejsca mieliśmy tylko jedną godzinę, więc trzeba się było streszczać, aby zobaczyć jak najwięcej. Pomijam fakt, że spędziłem dobre czterdzieści minut w samej kolejce aby po obcować chwilę z tym fascynującymi zwierzętami. Gdy nadeszła moja kolej to musiałem szybko wybrać czy chcę mieć zdjęcia, czy może filmik z tego wydarzenia. Długo nie myśląc wybrałem zdjęcia i poniżej przedstawiam kilka najciekawszych ujęć. 


Niezapomniane wrażenia z Tiger Temple.





Śpioszek.




Miałem ochotę położyć się między nimi, ale nie było takiej możliwości.




Nie wiem czemu, ale wszystkie zwierzęta mają takie zboczenie, że lubią być głaskane po brzuchu.



Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie stanął drugi raz w kolejce do nakręcenia filmu. Całość odbywała się w ten sposób, że mnisi lub wolontariusze podchodzili pod bramę i brali swojego turystę za rękę, a następnie oprowadzali go i ustawiali do zdjęć. Za pierwszym razem, gdy miałem robione zdjęcia trafiła mi się fajna Tajka, a niestety w czasie kręcenia filmiku trafiłem na wolontariusza płci męskiej. Wrażenia z tego miejsca są fantastyczne, a dodatkowo wzmacnia je fakt, że bez stresu można pogłaskać te wielki dwustu kilowe zwierzęta. Są to pierwsze koty w życiu, które głaskałem z takim entuzjazmem. Zapraszam do obejrzenia filmiku, którego wyjątkowo nie jestem autorem. Nie wiem czy zauważycie ale w jednym miejscu na kamerze jest jakaś mała kropeczka, ale okazało się, że był to jakiś mini okruszek na obiektywie.




niedziela, 16 grudnia 2012

Targi i pyszne jedzonko

Dzisiaj wybrałem się w miejsca, które już doskonale znacie z moich wcześniejszych relacji czyli Or Tor Kor Market oraz Chatuchak Market. Będąc tam ostatnim razem nie zrobiłem ani jednego zdjęcia, gdyż cały czas kręciłem film kamerą, a następnie nabyłem drogą kupna parę przedmiotów i nie było już wolnych rąk aby zrobić kilka ciekawych ujęć. Właśnie w tym celu ponownie odwiedziłem oba targi, aby zrobić kilka zdjęć, które będą niezbędne do mojego przewodnika po Bangkoku, a przy okazji dokupiłem jeszcze kilka ciekawych rzeczy :)



Or Tor Kor Market - miejsce sprzedaży produktów o najwyższej jakości.


Or Tor Kor Market - różne rodzaje ryżu.


Or Tor Kor Market - wszystkie produkty są idealne.


Or Tor Kor Market - sprzedaż Duriana.


Or Tor Kor Market - Jak ktoś zgłodnieje to jest tutaj mnóstwo stoisk z jedzeniem.



Chatuchak Market - jeden z największych targów weekendowych na świecie.



Chatuchak Market - można tutaj dostać wszystko od skarpetek po żywe zwierzęta.



Chatuchak Market - dostawa lodu.



Chatuchak Market - piękne lampiony.


Moja nowa zabawka na której sobie brzdękam.





Nie będę się za bardzo rozpisywał, gdyż zbieram siły na jutrzejszy, całodniowy wyjazd do Kanchanaburi oraz Tiger Temple. Wrażenia z tego miejsca będą na pewno niezapomnianym przeżyciem i aby wszystko poszło zgodnie z planem muszę nastawić budzik na godzinę 5.00 rano, a następnie dostać się podniebną kolejką do miejsca zbiórki, które jest kawałek drogi ode mnie. Oczywiście sprzęt na to wydarzenie mam już w pełni przygotowany, wraz z zapasowymi bateriami i pustą pamięcią do nagrywania. Jutro do pokonania będzie łącznie ponad 700 kilometrów, ale mam nadzieję że bezpośrednie spotkanie z tygrysami będzie warte tego poświęcenia. Od razu informuję, że jutrzejszy wpis może być zagrożony z tego względu, że nie wiem o której godzinie wyląduje z powrotem w On Nut, ale dołożę wszelkich starań aby chociaż pokazać kilka zdjęć, a całą resztę wraz z opisem i filmikami zobaczycie najwyżej następnego dnia.

Dzisiaj przedstawię Wam wyśmienite Red Curry, kupione w drodze powrotnej do domu na jakimś lokalnym straganie. Tak właśnie wyglądają tutaj typowe zupy, czyli makaron ryżowy i dużo zieleniny, zielska i innych chwastów.






sobota, 15 grudnia 2012

Floating Market i film z Baiyoke

Tak jak obiecałem załączam poniżej film z wczorajszej wizyty w najwyższym budynku Tajlandii jakim jest Baiyoke Sky Hotel. Z ostatniego piętra budynku bez problemu można ujrzeć największe zabytki Bangkoku, które są oddale o dobre kilkanaście kilometrów od hotelu np. Grand Palace, Świątynię Szmaragdowego Buddy, Pomnik Konstytucji, Vicory Monument, Wat Arun a także wiele innych architektonicznych perełek, które z tej wysokości wydają się być niewielkich rozmiarów.




Dzisiejszy dzień rozpoczął się standardowo, może z tym wyjątkiem że wyszedłem z domu przed 8.00 aby dojechać jak najszybciej do Taling Chan Float Market, który znajduje się kawałek drogi za Bangkokiem. Aby się tam dostać musiałem dwa razy się przesiadać w Sky Train oraz dopłynąć do ostatniej przystani na rzece Chao Phraya. Wysiadłem przy ogromnym moście linowym im. Ramy VIII, który łączy ze sobą dwa brzegi rzeki i z tego miejsca teoretycznie bez problemów powinienem dojechać taksówką lub tuk tukiem do mojego dzisiejszego celu jakim był Targ Wodny w Taling Chan. Było to, jednak niezwykle trudne do wykonania, gdyż zatrzymałem cztery taksówki oraz dwa tuk tuki i okazało się że kierowcy chcą za kurs w jedną stronę między 500 a 1000 THB, co jest niewiarygodnie perfidnym naciąganiem turystów. Przypomnę również, że w jedną stronę jest jedyne dziesięć kilometrów, więc na upartego taką drogę można by przejść na pieszo. 

Po pewnym czasie byłem nawet skłonny zapłacić 250 THB (tyle płacę za drogę na lotnisko 30 km), jednak rozkapryszone gusta kierowców nawet nie chciały słyszeć o takich pieniądzach, najwidoczniej bogaci Rosjanie rozpuścili ich jak dziadowskie bicze. Oczywiście nie miałem zamiaru brać udziału w okradaniu mojego własnego portfela i z wyraźnym gestem zniesmaczenia pożegnałem wszystkich kierowców po kolei. Pierwszy raz spotkałem się w Azji z czymś takim jak brak chęci zarobku, zwłaszcza ze do cholery to jest tylko 10 km, przecież nie każę im jechać na drug koniec Tajlandii. Osobiście widziałem już takie cudo jak Floating Market, więc nie miałem wielkiego ciśnienia aby na siłę się tam dostać. Głównie to Wam chciałem pokazać w jaki sposób przed kilkunastoma laty odbywał się handel na rzece, jednak nie ma tego złego bo pokażę zdjęcia z oddalonego o jakieś 100 km, targu wodnego zlokalizowanego w Damnoen Saduak. W tym miejscu byłem dwa lata temu i tak się jakoś złożyło, że mam kilka zdjęć na laptopie z tego targu. Nie wiem czy zauważyliście ale ostatnimi czasy mam lekkiego pecha, gdyż w Małych Indiach nie znalazłem nic ciekawego, a dzisiaj znowu zaliczyłem wtopę. 

Pominę już fakt, że jak wracałem Express Boat to przez pomyłkę popłynąłem w drugą stronę i minęło dobre dwadzieścia minut zanim się skapnąłem, że nie znam tych rejonów. Na szczęście wysiadłem na jakiejś pierwszej lepszej przystani i po paru minutach przypłynęła właściwa łódź, która zabrała mnie do kolejki Sky Train. Jednak nie mogę powiedzieć, że była to spokojna podróż, gdyż kapitan łodzi musiał dopiero co zdobyć patent. Po drodze było jeszcze około piętnaście przystani na których trzeba było odstawić lub zabrać pasażerów. Mimo braku fal i dość spokojnej wody, kapitan podchodził do każdej kei po dwa, trzy razy. Praktycznie za każdym razem uderzał całym impetem o nabrzeże, do tego stopnia że biedni turyści którzy stali mieli naprawdę duży problem aby się nie przewrócić. Myślę, że młodzik był już bardzo zestresowany bo zrobił jeszcze jeden numer, a mianowicie pomimo nie odcumowania łodzi od przystani wystartował z pełną mocą silnika i tak szarpnęło całą łodzią i pływającą przystanią, że większość ludzi się przewróciła, na szczęście nikt nie wpadł do wody, chyba. Po tym numerze, drugi kapitan od razu wszedł na mostek i przejął stery. Po tym wszystkim wróciłem do domu i zjadłem na obiad świetną zupę curry z ryżowym makaronem i kupą zielska.


Floating market - główny kanał.

Kiedyś handel odbywał się wyłącznie na rzekach i kanałach.

Świeże warzywa i owoce, prosto z łodzi.

Również gotowanie posiłków odbywa się bezpośrednio na wodzie.

Za 200 THB, można sobie zafundować sesję z wężem.





piątek, 14 grudnia 2012

Widok z 88. piętra na świat

Jako, że dopiero co wróciłem z wieczornych podbojów miasta i dochodzi u mnie szybkimi krokami północ to pozwolę sobie odpuścić wprowadzenie i od razu przejść do konkretów. Z przyczyn technicznych filmik pokażę Wam jutro, bo nie mam siły, czasu, ani ochoty czekać 4-5h zanim łaskawie się załaduje, a chciałbym iść już spać.

Dzisiaj odwiedziłem najwyższy budynek w całej Tajlandii, jakim jest Baiyoke Sky Hotel. Zlokalizowany jest w okolicach stacji Sky Train - Phaya Thai i ze względu na jego rozmiary, nie sposób jest go przeoczyć. Wejście na punkt widokowy kosztuje 300 THB i w tą cenę wliczony jest również drink, serwowany w jednej z siedmiu restauracji znajdujących się między 82. a 84. piętrem. Winda dojeżdża na samą górę dokładnie w minutę i dwadzieścia sekund, co jest naprawdę niezłym wyczynem. Bezpośrednio winda dowozi pasażerów na 77. piętro a stamtąd kursują jeszcze dwie małe windy, którymi można wjechać najwyżej na 88. piętro gdzie znajduje się panoramiczny, obrotowy taras widokowy. Powiem szczerze, że stojąc na samej górze perspektywa istnienia człowieka oraz postrzeganie świata ulega szybkiemu przewartościowaniu, a efekt ten jest jeszcze bardziej wzmocniony przez platformę, która obraca się wokół własnej osi. Dzięki temu można nagrać całą panoramę miasta bez ruszania się z miejsca. 


Najwyższy budynek w całej Tajlandii - Baiyoke Sky Hotel

W międzyczasie zostałem szalonym kierowcą tuk-tuka, jedynie mam jeszcze problem z nazwami ulic.

Widok z 77. piętra jeszcze za dnia.

Nastąpił lekki zachód słońca.

Widok wczesnym wieczorem.

Widok z 88. piętra już po zmroku.

Bangkok jest najbardziej zakorkowanym miastem na świecie.

Przy hotelu nie może zabraknąć oczywiście nocnego bazaru.


Wszystkie dodatkowe rzeczy, które jeszcze mi się przypomną dodam jutro wraz z filmikiem. Wrażenie były niesamowite, aż zapierało dech w piersiach. Ten punkt, będzie obowiązkowy w moim przewodniku po Bangkoku.

czwartek, 13 grudnia 2012

Do trzech razy sztuka i upolowałem mnicha

Witam serdecznie, dzisiaj ponownie wybrałem się w okolice Wielkiego Pałacu Królewskiego, gdzie w ciągu kilku ostatnich dni jestem częstym gościem. Za każdym razem przywożę z tego miejsca przeróżne rzeczy i pamiątki, ale dzisiaj przeszedłem sam siebie i wydałem kilka tysięcy batów, co dość skutecznie obniżyło moją dniówkę, ale za to mam kilka fantastycznych suvenirów oraz coś jeszcze. Nie mogę na razie rozgryźć jednej rzeczy, gdyż płacę różne ceny za Express Boat, którą pływam po rzece Chao Praya. Raz płacę 15 THB za ten sam odcinek a raz 40 THB, wiem że różne promy, statki, łodzie, łódki, kajaki czy inne tratwy mają przypisane na chorągiewkach różne kolory i po tym można się dowiedzieć, przy których konkretnie przystaniach staje wodny środek transportu. Cały czas pływam tą samą łodzią Express Boat o kolorze pomarańczowym i zauważyłem, że jak płynę rano w kierunku Tha Thien Pier to z bilet kasują mnie 15 THB, a gdy wracam tą samą łodzią, z tym samym kapitanem, załogą oraz Tajką sprzedającą bilety to cena rośnie do 40 THB. Oczywiście nie są to pieniądze nad którymi należy się roztrząsać, bo tak na prawdę przeliczając to na złotówki wychodzą grosze, ale z tak z czystej ciekawości rozwiązałbym z chęcią tą zagadkę.

Kolejny przyjemny rejs po rzece w miłym towarzystwie "rozgadanej" Rosjanki.

Po dopłynięciu na miejsce poszedłem trzeci raz odwiedzić sprzedawcę figurek mnichów, który jako jedyny na całym straganie podejmuje swoich klientów w ciemnym garniturze. Może właśnie przez ten prestiż, ceny tych figurek są tak zawrotnie wysokie, mały mnich 2.500 THB, a duży 4.000 THB, zwłaszcza biorąc pod uwagę średnią miesięczną zarobków mieszkańców Tajlandii, która plasuje się na poziomie 5.000 THB. Na moje szczęście jak zbliżałem się do stoiska to nasz "krawaciarz" akurat gdzieś sobie poszedł i postanowiłem wykorzystać ten fakt, na swoją korzyść. Podszedłem do stoiska i pokazuję innym kupcom, że chciałbym porozmawiać o towarze i jestem wstępnie zainteresowany. Po chwili podszedł sprzedawca świeżych wyciskanych soków, który miał stoisko obok i zaczęły się negocjacje. Przypomnę, że wczoraj mój przyjaciel w garniturze zszedł z ceny małego mnicha do 2.000 THB, a ja zagrałem vabank i powiedziałem, że dam 1.500 THB za dużego mnicha. Ku mojemu zdziwieniu, oferta numer jeden została od razu przyjęta i zaakceptowana. W tym momencie poprosiłem przyjaznego Taja, aby szybko zapakował mi figurkę, bo w każdej chwili mógł wrócić nasz "krawaciarz" i powiedzieć, że tak tanio towaru nie odda. Znając życie to i tak na tej transakcji pewnie dobrze zarobił. W tym momencie pozostaje mi przedstawić nowego członka mojej rodziny, buddyjskiego mnicha:

Długo trwało zanim go kupiłem, ale czasami warto poczekać.

Cały czas nie wiem z jakiego materiału został wykonany, ale jest twardy jak kamień.


Po udanym zakupie postanowiłem ponownie odwiedzić wczorajszy punkt wycieczki jakim był Phahurat Market, czyli Małe Indie. Powiem szczerze, że miałem nadzieję na odnalezienie tych magicznych uliczek co były pokazane na filmikach w YouTube, ale oczywiście moja podróż w tym miejscu szybciej się skończyła niż zaczęła, bo nie byłem wstanie odkryć nic nowego. Po drodze zrobiłem kilka przystanków przy różnych stoiskach z jedwabnymi materiałami i kupiłem parę ciekawych rzeczy, o których nie będę głośno pisał bo to mają być prezenty. Na pierwszy rzut oka cały targ jest rozłożony wzdłuż ulicy, ale wchodząc w pierwszą lepszą uliczkę, można przejść w miejsca, gdzie nagle pojawiają się kolejne setki przeróżnych straganów, jednak większość oferuje przepiękne materiały nawinięte na bale.


Stragany rozciągnięte wzdłuż zakorkowanej ulicy.

Stoisk z ciuchami jest tutaj co nie miara.

Główny prym wiodą tutaj jednak materiały.

Przeróżne cudowne chusty.


Jako, że byłem już dość mocno załadowany to nie byłem wstanie dość elastycznie przemieszczać się po ciasnych uliczkach, więc postanowiłem opuścić to miejsce raz na zawsze, z nutką poniesionej porażki, gdyż nie odkryłem tutaj tego czego tak zawzięcie szukałem. Po drodze obowiązkowo zaliczyłem jeszcze sok z granatu i parę gałek loda na przystani. Przed samym wejściem na statek wszedłem do pawilonu z drewnianymi, ręcznie rzeźbionymi posążkami i postanowiłem jeszcze nabyć buddę, który również strasznie mi się podobał. Tak, widziałem go już wcześniej ale cena za niego też była dość duża i kosztował prawie 2.500 THB, jednak po kilku chwilach negocjacji był mój za 1.100 THB. Nie pokażę go Wam, gdyż został już perfekcyjnie zapakowany i nie chcę niszczyć tak dobrze zabezpieczonego opakowania, przed podróżą do domu. Jest to typowy budda, czyli niski, gruby, z fałdkami tłuszczyku i uśmiechem od ucha do ucha. Wyrzeźbiono go z jednego kawałka drewna i powiem szczerze, że jest bardzo duży i dość ciężki, więc już na sto procent będę musiał wykupić dodatkowy bagaż główny.

Wsiadając do kolejki Sky Train w Saphan Taskin, odwiedziłem jeszcze biuro podróży i zafundowałem sobie wycieczkę do Kanchanaburii i Tiger Temple, tłumacząc na polski odwiedzę Most na rzece Kwai, wraz z przejażdżką Koleją Śmierci oraz pobawię się z wolno biegającymi tygrysami w Świątyni Tygrysów za kolejne 2.500 THB. Muszę tylko pamiętać, aby nie ubierać się na pomarańczowo, gdyż tygrysy przyzwyczajone do zabawy z mnichami po porostu bez ostrzeżenia rzucają się całym ciężarem na nich w celu zabawy. Ta przyjemność czeka mnie w poniedziałek 17 grudnia o godzinie 6.00 rano.

środa, 12 grudnia 2012

Mangostan i Małe Indie

Dzisiaj postanowiłem wrócić na targ amuletów aby dowiedzieć się ile kosztują te wspaniale, ręcznie robione figurki, które do złudzenia przypominają prawdziwych buddyjskich mnichów z krwi i kości. Aby tam dotrzeć musiałem ponownie skorzystać z tramwaju wodnego i dzięki temu odbyłem kolejną przeprawę po rzecze Chao Phraya, która za każdym razem sprawia mi coraz większą radość. Niestety aby tam dotrzeć musiałem jechać kolejką Sky Train z On Nut w wielkim ścisku :

Sky Train - kolejna podniebna.

Nie wiem czy widać na zdjęciu, ale w kolejce były już tłumy ludzi, a drugie tyle jeszcze się dosiadło, co spowodowało niezły ścisk w środku. Gdy już dopłynąłem Express Boat do przystani Tha Thien Pire, udałem się na poszukiwania sztucznych mnichów. Dopiero gdzieś w połowie targu amuletów znalazłem stoisko, którego tam zawzięcie szukałem. Niestety sprzedawca bardzo szybko sprowadził mnie na ziemię i oznajmił że figurki są po 2.500THB, udało mi się zejść do dwóch tysięcy, ale i tak to była za dużo, więc nie skorzystałem z oferty i nie wróciłem z buddyjskim mnichem. 

Następnie w tej okolicy chciałem odwiedzić ulicę Phahurat, która słynie z indyjskiego targowiska o nazwie Little India. Przed wyjściem z domu dokładnie obejrzałem sobie to miejsce na YouTube i byłem tak zafascynowany tym miejscem, że musiałem je odwiedzić jak najszybciej. Tutaj spotkała mnie kolejna porażka, gdyż to co było na filmie mocno odbiegało od rzeczywistości. Oczywiście teren był tak rozległy, że nie wiedziałem nawet w którą uliczkę wejść, żeby potem się nie zgubić i nie wertowałem ich aż tak dokładnie. Każda uliczka była bardzo ciasna, łącznie był może z metr przejścia od stoiska do stoiska, a ludzi było setki którzy przeciskali się z jednej strony na drugą. Pierwszy raz będąc w Tajlandii miałem ochotę pozabijać wzrokiem wszystkich przepychających się tubylców, którzy robili to w bezpardonowy sposób. Nie wiem czy trafiłem w taką uliczkę, czy może tak właśnie wygląda indyjski targ, ale wszędzie były tysiące płócien materiału nawinięte na belki i oprócz tego nic tam więcej nie widziałem. Jeszcze raz poszukam informacji na temat Małych Indii w internecie i jeżeli znajdę jakąś mapkę z danymi co gdzie się znajduje to wybiorę się tam jeszcze raz, gdyż warto z tego miejsca przywieźć herbatę i najświeższe przyprawy w całej Tajlandii. Naoglądałem się również filmików kulinarnych o tym miejscu i miałem chęć zjeść pitę z mięsem w sosie curry, jednak znalazłem tam tylko mięsa grillowane na patyku, które spotykam na każdym kroku. Dzisiaj niczym szczególnym Was nie zaskoczę, gdyż kończę już ten i tak krótki wpis, na pocieszenie mogę powiedzieć, że nakręciłem dla Was filmik z kolejnym egzotycznym owocem, jakim jest mangostan.